poniedziałek, 28 lipca 2014

A zaczęło się od...

   ..."Ptaśka" i od "Krainy chichów". Był rok 2001, lipiec. Do mojego brata przyjechała jego ówczesna dziewczyna, a dzisiejsza żona. A że dzieliło ich wtedy ponad 400 km, więc jak już przyjechała, to na kilka dni co najmniej. I pamiętam to jak dziś, że od jakiegoś kolegi (ok, pamiętam dokładnie od kogo) dostała w prezencie te dwie książki, do których wetknęłam swój nos. Owszem, do tego czasu też dużo czytałam, przede wszystkim typowych książek dla mlodzieży- Musierowicz i Siesicka totalnie wtedy u mnie wymiatały, ale i na nie przyjdzie odpowiednia pora :), ale dopiero Wharton i Carroll wprowadzili moje czytanie na inny, może nieco wyższy poziom. Pamiętam dokładnie, że kompletnie nie ogarnęłam wtedy tego Ptaśka (choć miałam już lat 17). Zastanawiałam się, czy to jakaś przenośnia, satyra, żart, czy jednak prawda najprawdziwsza z prawdziwych? I wymyśliłam sobie, że muszę przeczytać inne książki tego autora, żeby to zrozumieć. Nie miałam wtedy internetu, ba! nie miałam nawet komputera, więc nigdzie nie mogłam przeczytać recenzji, opinii. Musiałam się zmierzyć z Whartonem sam na sam. Dokładnie tak samo było z "Krainą chichów". Zdaje się, że nigdy wcześniej nie przeczytałam nic a'la magicznego, a'la fantasy...I tu też zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi. Natomiast w obu przypadkach wiedziałam jedno: muszę poznać PRAWDĘ! :) I w ten sposób przepadłam...Biblioteka na ul. Osiedlowej stała się moim drugim domem (czy może trzecim, skoro w mojej podstawówce codziennie witało mnie hasło: "Szkoła to twój drugi dom"). I, na szczęście, biblioteka ta była bardzo dobrze zaopatrzona w tych dwóch autorów. Wypożyczałam ich dzieła na zmianę. Na chwilę tylko porzucając ich dla jakiejś lektury. W pewnym momencie oczywiście nie pamiętałam już, o czym była ta a ta historia. Najważniejsze dla mnie było tylko to, że chyba odkryłam sekret: że Wharton pisze o swoim życiu (więc serio? z ptakiem?!), a Carroll o nim nie pisze, bo przecież to nierzeczywiste. W którymś momencie miałam już serdecznie dość tego pierwszego. No bo ileż razy można czytać o wojnie i o tej samej rodzinie (ok, Musierowicz jest absolutnym wyjątkiem tylko potwierdzającym regułę). Ostatni raz jego książkę przeczytałam w 2004 roku. Śmiem twierdzić, że tak już pozostanie. Kompletnie mnie tam nie ciągnie. 
    Nieco inaczej było z panem J. C. Jego nierzeczywisty świat mnie kompletnie zauroczył i zachwycił. Wiedziałam, że to czysta fikcja, więc jakoś mniej się angażowałam uczuciowo. Nie przeżywałam tak bardzo, jak choćby ran Whartona odniesionych na wojnie, czy śmierci jego dziecka (bo zdaje się, że było coś takiego :/). Tu po prostu cieszyłam się lekturą, wchodziłam w ten świat z uśmiechem na ustach i trochę z żalem, że nigdy nie będzie mi dane przeżyć tego naprawdę... "Na pastwę aniołów" przez bardzo długi czas była moją ulubioną książką. W cv po studiach, a więc w roku 2009, dumnie napisałam w zainteresowaniach: proza Jonathana Carrolla :)  chociaż już wtedy mało pamiętałam którąkolwiek z fabuł... W zeszłym roku próbowałam wrócić do tego autora. Przesłuchałam kilka rozdziałów "Krainy chichów". Przypomniałam sobie co nieco z moich uczuć, z mojej miłości, czy też z jej powodów. Ale lektor mi nie podpasował i przerwałam lekturę...Próbowałam też przeczytać najnowszą "Kąpiąc lwa" i nijak nie mogłam wejść w tę historię. Może miałam za mało determinacji, może mi się nie chciało, a może po prostu czułam, że ten okres mam już dawno za sobą, że teraz przyszedł czas na coś innego? Tak się niefortunnie złożyło, że Jonathan Carroll towarzyszył mi w najgorszym okresie mojego życia- w liceum, więc może podświadomie jakoś nie potrafię do niego wrócić, bo utożsamiam go z tym czasem? Dzięki jego książkom potrafiłam zapomnieć o tym, co tu i teraz, o tym gównianym tu i teraz. Wchodziłam w jego magiczny świat i całe swoje prawdziwe bagno miałam głęboko gdzieś...Uciekałam do niego, chroniłam się tam...I dosłownie przed chwilą właśnie na to wpadłam...I w tym momencie, tu w tej chwili sobie postanawiam, że muszę, po prostu MUSZĘ przeczytać jego ostatnie dzieło. W hołdzie dziękczynnym, że był wtedy ze mną, że pozwolił mi się zatracić i nie myśleć. On naprawdę zasługuje teraz na chwilę mojej uwagi...Najwyższa pora po 8 latach znów mu się oddać i przypomnieć sobie, przez kogo, czy może dzięki komu swoje życie poświeciłam książkom...
    Więc tak, od 2001 roku czytam. Dużo czytam. O dużo za dużo. Czasami to uwielbiam, czasami tego nienawidzę i mam za złe mojej bratowej, że mi pokazała te dwie książki. Ale co się stało, to się nie odstanie. Owszem, niby mogłabym przestać czytać. I wierzcie mi, naprawdę kilka razy próbowałam! Ale...co to za życie? Najlepiej i najpiękniej odpoczywam tylko z czytnikiem w ręku...Jak mi się ostatnio popsuł i był kilka dni w naprawie, nie mogłam sobie znaleźć miejsca...Chodziłam spać przed 23 i budziłam się rano zmęczona, bo za długo spałam...Naprawdę! :) kocham czytać i kocham mój świat książek :)

Byle tylko zacząć....

      Którejś nocy skończyłam czytać książkę. Nie pamiętam, co to było, ale skoro zarwałam noc, musiało to być coś dobrego, bo długo nie mogłam zasnąć. Przewracając się z boku na bok nagle wpadła mi do głowy myśl o blogu. O blogu o książkach...I w tym samym momencie wymyśliłam, że nie będzie to miejsce, w którym będę recenzować przeczytane przez siebie dzieła. Nie jestem w tym dobra, nie chce mi się opisywać fabuły, wprowadzać do niej czytelnika. Ja mam ochotę tylko napisać swoje pierwsze odczucia po zakończonej lekturze, wyrazić swoją opinię. No dobrze, ale od tego mam konto na lubimyczytac.pl -mogę sobie przyznawać dowolną ilość gwiazdek i dzięki temu mieć jakiś pośredni wpływ na ogólna ocenę danej książki.Więc o czym miałabym pisać bloga? Ano o tym, jak jakieś dzieło wpłynęło na moje życie :) tamtej nocy tak sobie myślałam, że tak na szybko potrafię wymienić kilka takowych, bez którego moje życie nie byłoby takie, jak jest teraz. Miałam tez nadzieję, że o kilku też sobie przypomnę. A przede wszystkim wierzę głęboko, że jeszcze mnóstwo takich dziel przede mną. 
     Odkąd mam czytnik e-booków, czytam wręcz maniakalnie. Czasami jest to jedna książka na 3 dni, ale coraz częściej jest to jedna książka na dzień. I naprawdę wydaje mi się, że czytam zdecydowanie za dużo :) Natomiast pozbywam się tego wrażenia, gdy nagle trafiam na coś fantastycznego, od czego nie potrafię sie uwolnić, albo na coś tak beznadziejnego, że wiem, że to była strata czasu. Ale takie doświadczenia też są dla mnie niezwykle ważne i wartościowe. Dlaczego? Będzie o tym osobny wpis, cierpliwości :) 
     Tak się zastanawiam, jaka jest szansa, że ktokolwiek tu trafi, że jest w tym sens? I za cholerę nie znam odpowiedzi...Dwóm osobom powiedziałam o tym, że myślę o blogu. Jedną jest mój ukochany mąż i najlepszy przyjaciel, a drugą moja bardzo dobra koleżanka, z zadatkiem na przyjaciółkę (Asia, if you know what i mean). I wiem jedno, nie chciałabym, żeby to czytali. Nie mam chyba wystarczającej odwagi. Bo niby już teraz bardzo dobrze mnie znają i w ogóle, ale jednak wystawić się na opinię obcej osoby jest mi dużo łatwiej, niż tej bliskiej. Wspomniana Asia mi wtedy odpowiedziała, że przynajmniej od niej zawsze usłyszę prawdziwą opinię i chyba lepiej zostać oblanym kubłem zimnej wody przez osobę, której na tobie zależy. No niby tak, ale zdecydowanie bardziej będzie to wtedy dla mnie bolesne. Nie wiem, czy wytłumaczyłam to wystarczająco. Jeśli nie, to cóż, nie umiem inaczej :) sorry, taki klimat :)
       Od tamtej nocy minęło już sporo czasu.Hmmm, ponad dwa miesiące. Jestem leniem przeokropnym i nijak nie mogłam się za to zabrać. Samo blogowanie mnie przeraża, bo nie jestem zbyt mocna w komputerach :) Ale dziś mam wenę, a przede wszystkim mam chwilę czasu, więc może dziś będzie ta pamiętna data nie tylko ze względu na to, że w końcu się za to wzięłam, ale przede wszystkim dlatego, że wzięłam się za to na poważnie i zamierzam w to wejść całą sobą...
      Więc teraz przychodzi czas na prośby i błagania. Droga Czytelniczko (łamane przez Drogi Czytelniku, jeśli jakimś cudem takowy tu zbłądzi) błagam, zaklinam, proszę, zostaw tu po sobie jakiś ślad. Bo wydaje mi się, że jednak chcę pisać tego bloga nie dla siebie (bo przecież ja to wszystko wiem :)), tylko po to, żeby ktoś poznał moją historię i został nią już bezpowrotnie urzeczony, a co! Zapraszam więc do mojego świata książek :))