..."Ptaśka" i od "Krainy chichów". Był rok 2001, lipiec. Do mojego brata przyjechała jego ówczesna dziewczyna, a dzisiejsza żona. A że dzieliło ich wtedy ponad 400 km, więc jak już przyjechała, to na kilka dni co najmniej. I pamiętam to jak dziś, że od jakiegoś kolegi (ok, pamiętam dokładnie od kogo) dostała w prezencie te dwie książki, do których wetknęłam swój nos. Owszem, do tego czasu też dużo czytałam, przede wszystkim typowych książek dla mlodzieży- Musierowicz i Siesicka totalnie wtedy u mnie wymiatały, ale i na nie przyjdzie odpowiednia pora :), ale dopiero Wharton i Carroll wprowadzili moje czytanie na inny, może nieco wyższy poziom. Pamiętam dokładnie, że kompletnie nie ogarnęłam wtedy tego Ptaśka (choć miałam już lat 17). Zastanawiałam się, czy to jakaś przenośnia, satyra, żart, czy jednak prawda najprawdziwsza z prawdziwych? I wymyśliłam sobie, że muszę przeczytać inne książki tego autora, żeby to zrozumieć. Nie miałam wtedy internetu, ba! nie miałam nawet komputera, więc nigdzie nie mogłam przeczytać recenzji, opinii. Musiałam się zmierzyć z Whartonem sam na sam. Dokładnie tak samo było z "Krainą chichów". Zdaje się, że nigdy wcześniej nie przeczytałam nic a'la magicznego, a'la fantasy...I tu też zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi. Natomiast w obu przypadkach wiedziałam jedno: muszę poznać PRAWDĘ! :) I w ten sposób przepadłam...Biblioteka na ul. Osiedlowej stała się moim drugim domem (czy może trzecim, skoro w mojej podstawówce codziennie witało mnie hasło: "Szkoła to twój drugi dom"). I, na szczęście, biblioteka ta była bardzo dobrze zaopatrzona w tych dwóch autorów. Wypożyczałam ich dzieła na zmianę. Na chwilę tylko porzucając ich dla jakiejś lektury. W pewnym momencie oczywiście nie pamiętałam już, o czym była ta a ta historia. Najważniejsze dla mnie było tylko to, że chyba odkryłam sekret: że Wharton pisze o swoim życiu (więc serio? z ptakiem?!), a Carroll o nim nie pisze, bo przecież to nierzeczywiste. W którymś momencie miałam już serdecznie dość tego pierwszego. No bo ileż razy można czytać o wojnie i o tej samej rodzinie (ok, Musierowicz jest absolutnym wyjątkiem tylko potwierdzającym regułę). Ostatni raz jego książkę przeczytałam w 2004 roku. Śmiem twierdzić, że tak już pozostanie. Kompletnie mnie tam nie ciągnie.
Nieco inaczej było z panem J. C. Jego nierzeczywisty świat mnie kompletnie zauroczył i zachwycił. Wiedziałam, że to czysta fikcja, więc jakoś mniej się angażowałam uczuciowo. Nie przeżywałam tak bardzo, jak choćby ran Whartona odniesionych na wojnie, czy śmierci jego dziecka (bo zdaje się, że było coś takiego :/). Tu po prostu cieszyłam się lekturą, wchodziłam w ten świat z uśmiechem na ustach i trochę z żalem, że nigdy nie będzie mi dane przeżyć tego naprawdę... "Na pastwę aniołów" przez bardzo długi czas była moją ulubioną książką. W cv po studiach, a więc w roku 2009, dumnie napisałam w zainteresowaniach: proza Jonathana Carrolla :) chociaż już wtedy mało pamiętałam którąkolwiek z fabuł... W zeszłym roku próbowałam wrócić do tego autora. Przesłuchałam kilka rozdziałów "Krainy chichów". Przypomniałam sobie co nieco z moich uczuć, z mojej miłości, czy też z jej powodów. Ale lektor mi nie podpasował i przerwałam lekturę...Próbowałam też przeczytać najnowszą "Kąpiąc lwa" i nijak nie mogłam wejść w tę historię. Może miałam za mało determinacji, może mi się nie chciało, a może po prostu czułam, że ten okres mam już dawno za sobą, że teraz przyszedł czas na coś innego? Tak się niefortunnie złożyło, że Jonathan Carroll towarzyszył mi w najgorszym okresie mojego życia- w liceum, więc może podświadomie jakoś nie potrafię do niego wrócić, bo utożsamiam go z tym czasem? Dzięki jego książkom potrafiłam zapomnieć o tym, co tu i teraz, o tym gównianym tu i teraz. Wchodziłam w jego magiczny świat i całe swoje prawdziwe bagno miałam głęboko gdzieś...Uciekałam do niego, chroniłam się tam...I dosłownie przed chwilą właśnie na to wpadłam...I w tym momencie, tu w tej chwili sobie postanawiam, że muszę, po prostu MUSZĘ przeczytać jego ostatnie dzieło. W hołdzie dziękczynnym, że był wtedy ze mną, że pozwolił mi się zatracić i nie myśleć. On naprawdę zasługuje teraz na chwilę mojej uwagi...Najwyższa pora po 8 latach znów mu się oddać i przypomnieć sobie, przez kogo, czy może dzięki komu swoje życie poświeciłam książkom...
Więc tak, od 2001 roku czytam. Dużo czytam. O dużo za dużo. Czasami to uwielbiam, czasami tego nienawidzę i mam za złe mojej bratowej, że mi pokazała te dwie książki. Ale co się stało, to się nie odstanie. Owszem, niby mogłabym przestać czytać. I wierzcie mi, naprawdę kilka razy próbowałam! Ale...co to za życie? Najlepiej i najpiękniej odpoczywam tylko z czytnikiem w ręku...Jak mi się ostatnio popsuł i był kilka dni w naprawie, nie mogłam sobie znaleźć miejsca...Chodziłam spać przed 23 i budziłam się rano zmęczona, bo za długo spałam...Naprawdę! :) kocham czytać i kocham mój świat książek :)